W dzisiejszych czasach chyba naprawdę trudno nam będzie w miastach, w których żyjemy, spotkać osobę powyżej piętnastego roku życia, która nie posiada telefonu komórkowego. Nawet jeżeli nie jest on najnowszej generacji sprzętem, nie jest dotykowy i nie ma kamerki z tyłu, do robienia sobie słynnych „selfie” to jednak jest. Najprostszy, najmniej fikuśny, ale jednak, zawsze jest. I niestety, telefony, które czasu miały nam oszczędzić, bo po to zostały stworzone, tak naprawdę, ten cenny czas nam zabierają. Bo w końcu, jak wielu ludzi stało się już niewolnikami tych sprzętów, które, kusząc swą zaradnością, odbierają nam cenny czas, którego nic już nam nie zwróci, a już na pewno nie one. Ludzi w miejscach publicznych wolą zagłębić się w wirtualnym świecie, niż porozmawiać z kimś poznać kogoś nowego. Najgorsze jest to, ze coraz częściej nawet spotkania publiczne, gdy umawiamy się na kawę z kimś, kogo dawno nie widzieliśmy, przeradzają się w takie zbiorowe przeglądanie telefonów. Dlaczego? Czy ludzie nie umieją już rozmawiać bez tych urządzeń? Funkcjonować bez nich? Ostatnio widziałam pana młodego, który jadąc samochodem spod kościoła, rozmawiał przez telefon. W taki dzień? Czy dla innowacji technologicznych nie ma już świętości? Czy nawet taki, można śmiało powiedzieć, najważniejszy dzień w życiu, nie jest wart tego, aby zakopać telefon na dnie szafy, choćby na te 24 godziny? Czy naprawdę chcemy, aby zawładnęły one naszym życiem do tego stopnia, że potem jedyne, co zapamiętamy ze ślubu to fakt, iż musiałem przejrzeć profil na facebooku, bo może ktoś polajkował moje zdjęcie przed ołtarza?